Listy miłosne na workowym papierze

Kiedy w 1970 roku przychodziłem na świat, nikt nie przypuszczał, że oszaleję w tak młodym wieku. Rodzina nie przewidywała, gazety milczały, a wróża Macieja jeszcze nie było w kosmicznym kalendarzu.

Tak się jednak stało. Nie jest tylko jasne czy najpierw oszalałem na punkcie czytania, czy może pisania. Rodzinne przekazy tego nie rozstrzygają.

Dziwnie mi się to pisze, ale to było w ubiegłym wieku! A wtedy poczta w żadnym calu nie była elektroniczna, a listy pisało się na papierze.

No to pisałem. Po kilka tygodniowo, z emocjami wypatrując w skrzynce odpowiedzi.

Już jako młody dorosły zawodowe szlify zdobywałem w fabryce papieru. Kiedy mokra jeszcze wstęga z celulozowej masy przeobrażała się w papier, ja pilnując prawidłowego przebiegu wstęgi… nadal pisałem. Tyle że zredukowałem adresatów do tej jednej jedynej i pisałem na tym, czego było pod dostatkiem, czyli na papierze workowym.

Już wtedy wiedziałem, że kluczem do sukcesu jest różnorodne przygotowanie do pracy. Szukałem więc tego klucza w hurtowni spożywczej, w firmie produkującej konstrukcje stalowe, naprawiając dachy, myjąc okna… aż wichry rzuciły mnie do lokalnego tygodnika, w którym miałem zostać asem sprzedaży powierzchni reklamowej.

Szybko okazało się, że to nie jest moja bajka,  zacząłem więc pisać do gazety, w której pracowałem. Już nie listy ani nie na workowym papierze, ale w archaicznym komputerze i dla oczu kilkudziesięciu tysięcy czytelników.

W redakcji zajmowałem się wszystkim. Potrafiłem fotografować, miałem samochód, no to chętnie wysyłali mnie na pierwszą linię, do wydarzeń. Na pogorzeliskach, w zakładach pracy, na rolniczych protestach szlifowałem sztukę rozmawiania. Często szczególnie trudną, bo jak rozmawiać z ludźmi, którzy stracili dom, może kogoś bliskiego, obawiali się o miejsca pracy…

A po powrocie siadałem do klawiatury i tworzyłem. Opowiadałem historie, przedstawiałem fakty, opinie, wątpliwości. Czasem to były suche notatki, innym razem wyciskające łzy reportaże.

takie pisanie uczyło pokory. Bo choć uwielbiam dźwięk klawiatury i rysujące się na ekranie historie, to nieraz zdarzało mi się odbijać od ściany nieskładnych akapitów, pustych frazesów, nic niewnoszących ozdobników. Znam ten rodzaj pisania, który jest jak wykuwanie w kamieniu. Uderzenie za uderzeniem. Słowo za słowem.

Znam też tę euforię, kiedy po kilku dniach szukania pomysłu nagle wiem, siadam i świetny tekst po prostu spływa przez palce i klawiaturę.

A o tym, jak zrozumieć przedsiębiorców to jest już całkiem inna historia.

Jako znany lokalnie dziennikarz i redaktor robiłem od czasu do czasu wywiady z prezesami, właścicielami firm i innymi prywaciarzami. I wtedy słuchałem ich, kiwałem głową, z wyuczoną w redakcji nieufnością i pisałem co mi tam naopowiadali.

Aż dekadę temu wszedłem w ich buty, porzuciłem etat, założyłem JDG, po paru latach uruchomiłem lokalny portal informacyjny. I chociaż nie lubię nazywać siebie przedsiębiorcą, bo co to za skala biznesu, to jednak wiele rzeczy zupełnie inaczej rozumiem. Bo przeżyłem wiele trudności, na które narażeni są polscy przedsiębiorcy. I teraz też z nimi rozmawiam. Tyle że już bez nieufności a z szacunkiem i zrozumieniem na wstępie.

I ten szacunek okazywałem między innymi za pomocą wywiadów pisanych na Blog CLF.
A później na facebooku zahaczyła mnie przedsiębiorczyni z pytaniem, czy pomogę jej w tworzeniu postów i scenariuszy do filmików. Okazało się, że problem leży gdzie indziej i tak napisałem dla niej pierwszy tekst na landing page.

Tekst świetny. Rozwiązał jej problem.

A ja zobaczyłem, że moimi słowami mogę pięknie pomagać innym przedsiębiorcom.

I tak zostałem copywriterem.

Chcesz mieć swoją historię spisaną z takim polotem? Żeby poznali ją Twoi klienci? A nawet opowiadali ją swoim znajomym?